wtorek, 14 października 2014

Humoreska nr 38. WĘDKARZE PRZY PIWIE

Pić, Jeść, Piwa, Szkło Piwa, Kubek


                                           

      - Co Ty chrzanisz?
             - Niech skonam, święta prawda.
            - I Ty mnie chcesz wcisnąć, taki kit, mnie, że na żyłkę zero zero dwa wyciągnąłeś z pod lodu 10-cio kilowego szczupaka i to w dodatku na mormyszkę? Opowiadaj takie historie, Wacuś, cioci na imieninach, a nie mnie.
            - Słuchaj Jasiu, może Wacek mówi prawdę, to jest możliwe, na przykład, gdyby szczupak był zdechły!
             - O nasz rację Kaziu. Wacek wyciągnął z pod lodu - zdechłego szczupaka.
         - Śmiejcie się śmiejcie, a ja swoje wiem. Co prawda nie ważyłem tego szczupaka, ale był bardzo duży. I na pewno był żywy. Szkoda, że nie miałem kamery, to byście zobaczyli jak się rzucał na lodzie. Rękie  mi podrapał jak mu wyjmowałem mormyszkę.
           - Popatrz, popatrz Kaziu, mało brakowało, a nasz drogi Przyjaciel byłby bez ręki. I to przez zdechłego szczupaka. Miał by teraz kłopoty z otwieraniem piwa.
             - Ale śmieszne. Jak nie wierzycie w to co mówię, to koniec, nie postawie Wam kolejki.
             - O nie, Wacuś. Przyszliśmy tu na piwo i nie masz wyjścia.
             - Jaś na rację - szczupak szczupakiem, a piwo piwem.
             - Z Wami to trudno wytrzymać, ale Was lubię. Kelner!!!
             - Wiecie co Przyjaciele, ja się czasem zastanawiam nad tym co jest przyjemniejsze: łowienie
ryb czy opowiadanie o łowieniu.

piątek, 30 maja 2014

Hunoreska 37. Mój Tata jest wędkarzem

Sunrise, Dziewczyna, Bali, Sun 




       Mam na imię Zosia. Chodzę do szóstej klasy. Wszyscy mówię, że jestem pyskata. To oczywiście nieprawda. Teraz jestem schowana, za szafą, na strychu naszego starego domu. Postanowiłam pisać pamiętnik. Zacznę od tego co się działo dzisiaj, czyli w sobotę.
       Właściwie to cała historia rozpoczęła się w środę. Mama zaprosiła swoje siostry, Kasię i Dorotkę z mężami na sobotę. Powiedziała im, że Karol, mój Ojciec, przygotuję szczupaka w galarecie, od dawna obiecanego.
        Teraz muszę napisać, że mój Tata jest wędkarzem. Często jeździ na ryby, ale rzadko coś łowi. Za to uwielbia opowiadać o tym jak łowił, co złowił, jakie to były sztuki, a przede wszystkim o tych, które Mu się urwały.
        W czwartak , w południe, odjeżdżając zapowiedział Mamie, że bez trzech szczupaków nie wróci. Niestety, wrócił, jak mówią Taty koledzy "o kiju". Bardzo mi się podoba to powiedzenie. Dziś o 18-stej rozpoczęło się przyjęcie. Na stół "wjechał" ogromny półmisek z dwoma szczupakami w galarecie. Mama miała zagadkowy uśmiech. Za to Tata był w swoim żywiole. Opowiadał: "Ten wziął mi przy samych trzcinach, drugi większy urwał mi się. A ten z toni, gdzieś na 5-ciu metrach." 
         Nie mogłam tego słuchać. Poszłam do kuchni, pogrzebałam w śmieciach, znalazłam paragon i przysiadłam się do cioci Dorotki, z którą bardzo się lubimy. Z niewinną minką poprosiłam: Ciociu przeczytaj głośno co tu jest napisane, jednocześnie podając Jej paragon. Ciocia przeczytała: sklep garmażeryjny, szczupaki w galarecie, suma 69 zł.
          Zrobiło się cicho. Tata wstał, popatrzał na mnie takim strasznym wzrokiem, ruszył w moją stronę i powiedział: " Ja cię obedrę ze skóry!"  Uciekłam.      

środa, 7 maja 2014

Humoreska 36. Wędkarz ... Krystyna

                                      
                         Krajobraz, Jezioro, Bank                


      Była styczniowa niedziela. Wstałem o 5-tej, o 6-stej wyszedłem z domu. Ciemno i bardzo mroźno. Samochód odpalił bez problemu. Ruszam, patrze na deskę rozdzielczą, nie do wiary, 19 stopni mrozu. Mieliśmy jechać na ryby z kolegą Stasiem. Zadzwonił późnym wieczorem, że ma wysoką temperaturę i nie pojedzie. Ta "temperatura" to z pewnością wymysł Agnieszki, żony Stasia pantoflarza. Na lodzie raźniej w                      towarzystwie. Może kogoś spotkam?
      Na parkingu, nad jeziorem Świętym, ku mojemu zdziwieniu, stał już wielki Mercedes z Warszawską rejestracją. Świtało. Zebrałem cały sprzęt i na lód. To taka cudowna chwila, tyle nadziei. Warszawiaków nie widziałem. Wywierciłem trzy dziury, dla rozgrzewki. Brań nie było. Poszedłem na głębszą wodę. Znów nic. Zbliżyłem się do trzcin i tu natychmiastowe branie, a właściwie szarpnięcie. Szczupak popłynął z moją mormyszką za 9 zł.
         Wzeszło jaskrawe słońce. Jakieś 200m dalej, w miejscu do którego szedłem, siedział tylko jeden Warszawiak. Musiał tu bywać, bo wiedział gdzie jest najpewniejsze miejsce na okonie zimą. Podszedłem bliżej. Gość miał elegancki, nietonący kombinezon i składane saneczki. Przy kilku przeręblach leżało kilkanaście zgrabnych okoni. Z miejsca nabrałem szacunku. Grzecznie powiedziałem: - "Dzień dobry". Odpowiedział. Głos miał jakiś charczący i pokazał, że ma problemy z mówieniem. Twarzy wiele nie widziałem, bo był dość mocno zakapturzony.
            Zapytałem czy jest z Warszawy. Kiwnięcie głową. Czy tu już bywał? Zrozumiałem,że był tu wiele razy. Sprzęt miał doskonały i wiedział jak go wykorzystać. Okonie pięknie brały, więc i mnie humor poprawił się. Mróz zelżał i było bardzo przyjemnie. Jak to na rybach, czas szybko zleciał. Jak na komendę spotkaliśmy się na parkingu. Spojrzałem Mu w oczy. Były piękne. Wtedy Warszawiak wyciągnął do mnie rękę i powiedział: - Jestem Krystyna, mam takie nietypowe jak na kobietę hobby. Ja z pewnością miałem minę idioty.
                  

czwartek, 3 kwietnia 2014

Humoreska 35. Wędkarski bigos

Rosówki nie trucizna?
                
                  Trzej oficerowie, każdy doskonały organizator, od poniedziałku planowali wyjazd na ryby. Nie był to zwykły wyjazd, lecz majowy biwak nad jeziorem Łańskim. Ponieważ był rok 1979, to nie można było ot tak sobie wjechać nad te jezioro.
                  Zadanie załatwienie wjazdu i łódki otrzymał - zwiadowca Ignaś.
                  Prowiantem i noclegiem miał się zająć - kwatermistrz Bolek.
                  Transport, własnym "Maluchem" i nazbieranie rosówek należało do sapera Krzysia.
                 Jak to w wojsku - "Umarł nie umarł pogrzeb o trzeciej, porządek musi być". Każdy zabrał się gorliwie do dzieła. Ignaś wykonał kilka telefonów, a że miał swoje "chody", więc załatwił to co do niego należało. Bolek słynął z umiejętności gotowania bigosu, więc nagotował ogromny gar już w piątek. Przygotował też namiot, materace, śpiwory, butle z gazem i inne niezbędne rzeczy. Krzyś pół nocy poświęcił na zbieranie rosówek, a że był specem w tej materii więc umieścił je w drewnianym pudełku we mchu. To że każdy miał z sobą "szkło" było oczywistością.
             Problem powstał gdy cały majdan trzeba było załadować do "Malucha". Wędki i namiot umieścili na dachu. Resztę po kilku próbach jakoś udało się wcisnąć do środka. Pojechali!
                Rozładowanie samochodu i postawienie namiotu poszło gładko. Do wieczora było jeszcze sporo czasu, więc Ignaś z Bolkiem, ze spiningami popłynęli łódką. Krzyś ubrał wodery i poszedł brzegiem. Szczupaki brały. Nic dziwnego, że zakończyli łowy gdy zrobiło się ciemno.
                Byli głodni. Bolek popędzał Krzysia, żeby szybciej grzał ten bigos. Krzyś nakazał mu, żeby pokroił chleb, a Ignaś zajął się kieliszkami.
               Wieczór był piękny. Z za lasu wyszedł, ogromny jak balia księżyc. Mieli już  razem osiem szczupaków. Bigos był pyszny, a wódka - aż słodka.
               Wstali o świcie. Każdy dostał michę bigosu. 
              - O kurczę! Wrzasnął Bolek - co to jest w tym bigosie?
         No tak, to są wczoraj ugotowane i jedzone rosówki. Widocznie było im tam chłodniej.   Poprzechodziły podczas jazdy w ciasnocie.
           Ignaś zerwał się, dobieg do pnia i zaczął wymiotować "po za linię horyzontu". Pozostali stracili apetyt. Kwatermistrz nie zmartwiony powiedział: 
               Dżdżownice, to najprawdziwsza, najczystsza przyroda. Jedliście najbardziej ekologiczny bigos świata!!!